27-29 wrzesień 2013 - XXXVI Drużynowe Mistrzostwa Polski w Turystycznych InO - Toruń


27-29 września 2013

 XXXVI DRUŻYNOWE MISTRZOSTWA POLSKI
W TURYSTYCZNYCH InO - Toruń 
 
 
 REGULAMIN
 
 
GALERIA 
------------------------------- 
 W dniach 27 - 29 września 2013 drużyna z Podkarpacia w skład której wchodzili nasi klubowicze zdobyła brązowy medal XXXVI Drużynowych Mistrzostw Polski w Turystycznych Imprezach na Orientację. W skład drużyny wchodzili: Dorota Haptaś, Martyna Grabiec, Alicja Sitko, Katarzyna Maliborska, Katarzyna Grabiec, Karolina Faryniarz, Jakub Zieliński i Rafał Rzeszutek. Kuba z Rafałem zdobyli także "srebro" Mistrzostw w kategorii TM. GRATULACJE!!!       /Prezes/ 
 --------------------------------
 
 
 
Relacja Kasi:
 
 

27-29 września 2013 r. … uczniowie przyzwyczajają się do nauki w szkole, maturzyści wypełniają wstępne deklaracje maturalne, studenci przygotowują się do nowego roku akademickiego… A my?

My wybraliśmy się do Torunia. Zapytacie dlaczego. Czy po to by zwiedzić miasto, z piękną starówką, zobaczyć miejsce, gdzie przechadzał się Mikołaj Kopernik (albo przechadzała, bo ponoć Kopernik była kobietą) i wymyślał Teorię Heliocentryczną, albo kupić tradycyjne Toruńskie pierniki, czy może odwiedzić Ojca Rydzyka?  

Nie.. my wybraliśmy się na Drużynowe Mistrzostwa Polski w Marszach na Orientację. Ale od początku…

Kim są „MY”? Pozwólcie, że przedstawię siebie i moich współtowarzyszy. Ja to Kasia, a reszta to: Pani Dorota, Martyna, Alicja, Karolina, Kasia, Kuba, Rafał, Mateusz. Jesteśmy z Kolbuszowej i Nowej Sarzyny (znaczy stąd tylko Mateusz, który obraziłby się, gdybym nie wspomniała skąd jest). Jako, że wybraliśmy się na drużynowe MnO, stworzyliśmy razem grupę „Podkarpacie”, do której dołączyło jeszcze trzech Panów: Maciej, Krzysztof, Mirosław.

Musicie jednak wiedzieć jak rozpoczęła się nasza przygoda. Wyruszyliśmy dokładnie o 7.08 z Kolbuszowej. Czekała nas ośmiogodzinna podróż pociągiem. Usadowiliśmy się w 2 przedziałach: dzieci w jednym, Pani w drugim. Na początku każdy próbował dosypiać, a potem zaczęło się wymyślanie różnych czynności, począwszy od czytania książek i lektur, poprzez rozwiązywanie krzyżówek, słuchania muzyki, po wychylanie się przez okno, żeby oglądać krajobrazy i przód pociągu widoczny podczas zakrętu. Ogólnie szybko minął nam ten czas.

Następnie nastał czas powitania ziemi toruńskiej. Wysiedliśmy. Musieliśmy jednak jak na razie pozostać na dworcu, bo Pani Dorota kupowała bilety na powrót, a my załatwialiśmy bilety na autobus miejski. Gdy nareszcie nastał czas na opuszczenie stacji kolejowej, już na polu usłyszałam głos: „Kasia a twoje bagaże?”. Zostawiłam je na samym środku stacji i zupełnie o nich zapomniałam. Po wzięciu ich, wreszcie mogliśmy rozpocząć naszą przygodę w Toruniu.

Ale nie tak szybko… Nie odbyło się bez kolejnych przeszkód. Bardzo pragnęliśmy wsiąść do autobusu nr 14, ale co to? Najpierw podjechał 23, potem 36, następnie 12, po czym 21.. Po niezliczonej ilości słów „to nie ten” udało nam się zapakować do MPK. Dojechaliśmy do Fortu IV i.. tam się wszystko zaczęło.

Po standardowym zameldowaniu się, zakwaterowaniu się i rozpakowaniu przyszła kolej na krótki odpoczynek i zwiedzanie Fortu IV. Obeszliśmy go dookoła i zwiedziliśmy wnętrze. Dowiedzieliśmy się sporo o armatach, fortyfikacji, ale pozwólcie, że nie będę wam tego opowiadać, bo byście musieli czytać to parę godzin , a poza tym nie wszystkie informacje zapamiętała. Oprócz tego zwiedziliśmy podziemne korytarze fortu, co było największą atrakcję zwiedzania, gdyż czworo z nas dostąpiło zaszczytu niesienia pochodni.

Po dokładnym obejrzeniu Fortu przyszedł czas na ognisko integracyjne. I to nie odbyło się bez drobnych problemów. Spytacie czy zbrakło kiełbasek? Nie.. zaopatrzenie było świetne, niczego nikomu nie mogło zabraknąć. Jedyną przeszkodą były zjawiska atmosferyczne, w postaci deszczu, który zmoczył drewno, więc nie chciało się palić i groziło nam jedzenie zimnego. Ale na wszystko znajdzie się jakiś sposób. Tym razem ktoś wykorzystał podpałkę do grilla. Powstał niezły pożar, no trochę przesadzam, ale naprawdę paliło się bardzo mocno. Więc każdy mógł najeść się do syta.

Gdy już mieliśmy pełne brzuszki, większa część marszowiczów zaczęło się integrować przy dźwiękach gitary. My integrowaliśmy się w naszym wąskim gronie. No wiecie rozwiązywanie krzyżówek i takie tam. Wspomnę również o przywiązywaniu się do łóżka, żeby nie spaść, ale nie wspomnę przez kogo, bo bym chyba nie dożyła do rana. I poszliśmy spać, może śniły nam się lasy, mapy, punkty kontrolne, a może zupełnie coś innego..

Następnego ranka w sobotę mieliśmy wstać o 7, żeby losować czasy startowe dla swojej drużyny. Ale komu się zaspało? Chyba znacie odpowiedź. Na szczęście wszyscy zdążyliśmy na śniadanie. O 8.30 było otwarcie imprezy i wszyscy usłyszeliśmy (może nie dokładnie tak) słowa wypowiedziane przez Waldemara Fijora: „Drużynowe Mistrzostwa Polski w Marszach na Orientacje uważam za otwarte!” Potem był czas na przygotowanie się do etapów dziennych.

I… wyruszyliśmy w las… na pierwszy etap. Przywitała nas mapa geometryczna: skrzyżowane linie, koła, ośmiokąty. Wszystko wydawałoby się miłe i przyjemnie, gdyby nie to, że ośmioboki były obrócone, co trochę komplikowało sprawę. Problemy u nas zaczęły się już przy pierwszym punkcie kontrolnym. Nie mogliśmy go znaleźć. Potem było trochę łatwiej, ale po chwili nie mogliśmy się namierzyć na punkt 6. Gdybym nie zobaczyła górek i nie pomyślała: „hmm… czy tu czasem nie mamy mieć punktu kontrolnego?, to musielibyśmy wracać na metę z prawie pustą kartą startową.  Jednak mieliśmy szczęście i punkt był, więc wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i potem wszystko poszło jak po maśle. Po wróceniu na metę i odpoczynku nastał czas na drugi etap. Ten okazał się być o wiele prostszy i „smaczniejszy”. Mapa składała się bowiem z toruńskich pierników. Niektóre były obrócone, inne zawierały tylko drożnie lub górki, a inne trzeba było dopasować na swoje miejsca. Po skończonych etapach czekała nas jeszcze piesza droga do Fortu IV. My (ja + Mateusz) wróciliśmy dość wcześnie i mogliśmy od razu pójść na obiad. Natomiast inni  wracali później i też od razu szli się posilić.

Co było dalej? Nudziliśmy się, czekając na nocny etap? Oczywiście, że nie. Rozwiązywaliśmy wspólnie test z wiedzy o Toruniu. Mieliśmy także możliwość zwiedzania starówki Torunia, z czego z chęcią skorzystaliśmy. Pojechaliśmy więc na etap krajoznawczy, oraz  żeby znaleźć „kesze”. Zobaczyliśmy dom, w którym urodził się Kopernik, zobaczyliśmy pomnik tego słynnego astronoma, planetarium i uniwersytet jego imienia. Jakby tego wam było mało to kupiłam sobie pierniczek w kształcie głowy Kopernika. Z Panią Dorotą zostałyśmy dłużej niż inni, bo spóźniłyśmy się na ostatni autobus. Miałyśmy więc spacer po Toruniu po ciemku. Chciałyśmy wprawdzie pojechać miejskim, ale nie było  żadnego jeżdżącego w nasze okolice. Musiałyśmy więc iść na piechotę przez całą ulicę Chrobrego. Taka mała rozgrzewka przed nocnym etapem.

Pozwólcie, że nie będę wam opowiadać, co jedliśmy na kolację. Ale to co było potem? Rozpoczęliśmy solidne przygotowania: nie tylko materialne (ciepłe ubrania itp.) oraz psychiczne. Tak, dobrze przeczytaliście: psychiczne. Bo musieliśmy się przygotować na wygraną, a przynajmniej na dobre przejście etapu. Bo mieliśmy po 2 etapach miejsce 4 a chcieliśmy powalczyć o 3. Tak więc odbyły się rozmowy musicie przejść na „zero” (zero pkt. karnych), nie zepsujcie tego, albo my na pewno pójdziemy bardzo dobrze. Tak zmotywowani ruszyliśmy na ostatni, nocny etap. Była to mapa zbudowana z drożni, a obok niekształtne wycinki, z zaznaczonymi punktami kontrolnymi i pozostałą treścią mapy. Były różne skale i trzeba było to do siebie dopasować. O ile dopasowanie tego nie sprawiło większej trudności, to samo przejście nie było łatwe. Trzeba było przedzierać przez młode sosenki, pole po wycince, albo iść w środek lasu. To mi się nie podobało, bo etap nocny był trudniejszy od dziennych, a powinno być raczej odwrotnie. No ale było to dobre, bo przynajmniej był to etap rozstrzygający.

Wymęczeni i wyczerpani wróciliśmy do Fortu IV. Potem szybko poszliśmy spać.

I nastał ranek dnia 3 naszej wycieczki. Pobudka o 7 słowami: „Mamy trzecie miejsce!” Zerwałam się z łóżka, przy czym uderzyłam się małym palcem o inne łóżko i prawie skacząc dotarłam do wyników. Faktycznie, udało nam się! Wszyscy uradowani poszliśmy na śniadanie, a potem pożegnaliśmy Fort IV. Po pamiątkowym zdjęciu pod napisem „Toruń Główny” i wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy w podróż powrotną.

Nie w sposób tej podróży do Kolbuszowej nie opisać. Owieczka, zagadki lateralne, klub Anonimowych Czytelników. Tylko wtajemniczeni rozumieją to wszystko. W końcu po 8 godzinach miłej, przyjemnej i  śmiesznej jazdy dotarliśmy do Kolbuszowej i skończyła się nasza wspaniała wycieczka?

Czy to już koniec? Pewnie macie mieć dość… ale nie. Chciałabym podziękować wszystkim, przede wszystkim Waldemarowi Fijorowi, organizatorowi Marszów na Orientację, pozostałym organizatorom (przepraszam, że nie znam nazwisk), całej Drużynie Podkarpacie i wszystkim uczestnikom, dzięki którym to była naprawdę świetna zabawa! Dziękuję Wam wszystkim!

No teraz już naprawdę daję wam spokój :)

 

 ----------